WARSZAWIAKY
Aktualności
WARSZAWIAKY
Sylwetki
Starty
Zdjęcia
Blog
Forum
Słynni
Goście
Sympatycy
Kalendarium
Kontakt
1.Maciej Rudnik
2.Piotr Wójcik
3.Janusz Marciniak
4.Grzegorz Kuźmiński
5.Jakub Konarski
6.Maciej Łukasiewicz
7.Grzegorz Andziak
8.Krzysztof Kociszewski
9.Roman Kozłowski
10.Artur Zawistowski
11.Kamil Artyszuk
12.Bartosz Olszewski
13.Paweł Olszewski
14.Paweł Lipiński
15.Marta Grzegorczyk
16.Przemysław Pilipczuk
17.Mariusz Buga
18.Piotr Przyborowski
19.Mateusz Baran
20.Bogdan Barewski
21.Katarzyna Błaszczak
Athletics Club
11.Kamil Artyszuk
Jedenasty WarszawiakKamil Artyszuk

Maciek o Kamilu: „Kamil to taka „świeża warszawska krew”J Ma wielki potencjał, który jeszcze nawet w połowie nie „eksplodował”. Jest obecnie najmłodszym Warszawiakiem, ale już zdążył dołączyć do ekskluzywnego grona, czyli Janusza i Luckyego i wygrać z prezesemJ

Kamil o sobie:

Jak byłem młodszy mieszkałem na Dolnym Mokotowie. Często mówię, że ja tylko mieszkam w Rembertowie, bo szkoły i pracę miałem po lewej stronie Wisły (z wyłączeniem 3 ostatnich lat podstawówki). Już będąc małym chłopcem zaraziłem się zamiłowaniem do sportu - grałem w piłkę nożną, kosza i jeździłem rekreacyjnie na rowerze (jadąc nim m.in. nad morze). Jednak wszystko uprawiałem amatorsko nawet wtedy, gdy jeździłem dzień w dzień po 50 km dziennie. Po prostu szybka jazda z wykorzystaniem własnej siły dawała mi satysfakcje.
Moja przygoda z bieganiem nie ma jednej daty
J W podstawówce byłem co prawda w reprezentacji szkoły, ale do zawodów przygotowywałem się przez tydzień. Nie było więc w tym wszystkim regularności. Tym niemniej w Rembertowie uzyskałem tytuł indywidualnego wicemistrza i drużynowego mistrza będąc w 8 klasie. W latach spędzonych w liceum również broniłem barw szkoły i dzielnicy, ale biegałem praktycznie bez treningów. Wszystko zmieniło się w czasie studiów, a ściślej w letniej przerwie w 2005 r. wówczas wspólnie z kolegami postanowiliśmy przygotować się do Run Warsaw. Biegaliśmy przez całe wakacje 2-3 razy w tygodniu. Wtedy po raz pierwszy systematycznie biegałem. Po imprezie biegowej wszystko wróciło do normy i do takich biegów jak Bieg Niepodległości w dalszym ciągu podchodziłem bez przygotowania, ale tamte wakacje były jakimś przełomem, choć w dalszym ciągu startowałem 2-3 razy w roku.
"Sezonowym biegaczem" byłem do 2008 r. To był szczególny okres, w którym starałem się uciec od życia codziennego poprzez bieganie. Wówczas wystartowałem w biegu Powstania Warszawskiego. Ruszyłem mocno, a w sumie zdecydowanie zbyt mocno
J i szybko straciłem siły. Na którejś pętli dobiegł do mnie mój tata, z którym nigdy w życiu nie przegrałem w zawodach. Jego widok i rozmowa z nim zmobilizowała mnie do wysiłku i po wspólnie przebiegniętych kilkuset metrach ruszyłem ponownie mocno do przodu. Przy wbiegnięciu na stadion zademonstrowałem prawdziwy finisz. Gdy dotarłem do mety po prostu padłem. Położyłem się i leżałem. Wielki medal ciążył mi na klatce piersiowej, więc położyłem go na ziemi. Długo nie podnosiłem się. Nie byłem wstanie zjeść posiłku, który przyniósł mi tato. Byłem skrajnie wycieńczony. Dałem z siebie absolutnego maksa, ale to było i tak za mało. O miejscu i czasie nawet nie mówięJ Gdy już wstałem i resztkami sił doczłapałem się do auta na wpół żywy, dorwałem się do butelki z wodą. A następnie wszystko zwróciłem. To była prawdziwa klęska. Nasłuchałem się w aucie i domu, żeby nigdy tak nie biegać, że trzeba biegać z rozsądkiem. Oczywiście rodzice chcieli dobrze, ale to do mnie po prostu nie pasowało. Zawsze biegałem tak, żeby nie mieć do siebie pretensji na mecie, że mam jeszcze siły. Jeżeli wpadałem na metę i miałem siły, to byłem zły, bo to znaczy, iż źle rozegrałem bieg, że mogłem szybciej!

Po klęsce na płaszczyźnie sportowej i osobistej postanowiłem, że przebiegnę maraton. Tak! gość który ledwo pokonał 10 km miał po raz pierwszy ukończyć dystans 42 km i 195 metrów. Czasu miałem naprawdę niewiele, bo mniej niż 2 miesiące. Tym biegiem miałem sobie coś udowodnić, że mogę, że jestem twardy. Nigdy wcześniej nie pokonywałem dystansu dłuższego niż 10 km. To było naprawdę mega wyzwanie. Zwłaszcza na tle tego katastrofalnego występu w Biegu Powstania Warszawskiego. Jestem jednak uparty, zawzięty i ambitny. Biegałem 5-6 razy w tygodniu. Metoda oparta na kilometrażu. Początkowo 5 km przez jakiś tydzień później przeplatałem 5 z 10, a później nie schodziłem poniżej 10. Treningowo pokonywałem wówczas tylko dwa razy ok. 20 km. Na tydzień przed startem krzywo stanąłem i z bólem wracałem do domu. Wiedziałem, że do docelowej imprezy zostało tak niewiele czasu. W domu apelowali o rozsądek. Kłamałem, że pobiegnę tylko wtedy, gdy będę czuł się dobrze. Naprawdę wystartowałbym nawet gdybym miał "kuśtykać". Na całe szczęście na dzień przed startem wszystko już było w porządku. Do biegu przystąpiłem bardzo skoncentrowany. Wiedziałem, że nigdy nie pokonałem tak długiego dystansu. Kontrolowałem się od samego początku zaczynając bieg dość wolno i dopiero z czasem lekko przyspieszyłem. Trudy dystansu nie widziałem po sobie tylko po innych, gdy po prostu biegli, biegli i nagle stawali albo, co gorsze łapał ich skurcz i z bólem chwytali się łydki. Te widoki zapadły mi w pamięci. Mój "kryzys" był ok. 33-36 km. Oczywiście wychodziły braki w wybieganiu. Czułem, że nie mam sił, że ledwo ruszam nogami. W myślach sobie nuciłem piosenkę z reklamy "nie jeden dom już budowałem i zawsze atlas używałem"
J Walczyłem sam ze sobą. Przebudzenie nastąpiło, gdy minął mnie "zając" na 3:45. Nagle przyspieszyłem, dołączyłem do grupy. Widziałem, że część z ludzi ma problem w utrzymaniu tempa, więc przesunąłem się na przód, żeby ich nie widzieć. Żeby nie widzieć tych, którzy przegrywają. Nie chciałem w ogóle dopuszczać myśli o porażce. Mój krok wydłużył się i z minuty na minutę czułem się lepiej. Siły wróciły. Pierwszy maraton ukończyłem kilkadziesiąt sekund poniżej 3:45.
Wygrałem i udowodniłem sobie, że mogę... wiem to wszystko jest jak z bajki czy jakiegoś filmu
J, ale to moja prawdziwa historia. Później przez dłuższy czas miałem zakwasy i trudności z chodzeniem, ale uczucie zadowolenia z pokonania dystansu i siebie było niesamowite!

Teraz na koncie mam już 5 maratonów i gdyby nie katastrofa prezydenckiego samolotu to dziś miałbym na koncie 6 maratonów i Koronę Maratonów Polskich. Sezon 2009 był dużym krokiem do przodu. Poprawiłem wszystkie swoje wyniki. Bardzo dobrze przygotowałem się do Maratonu Warszawskiego - na dzień przed tą imprezą był Ekiden i zrobiłem niesamowity wynik 36:57 na 10 km bijąc wcześniejszy rekord życiowy o ponad minutę i z międzyczasem lepszym niż mój ówczesny rekord na 5 km. Dzień później pobiegłem maraton zgodnie z założeniami na 3:15. Zrobiłem 3:13 - odłączając się na ostatnich kilometrach od grupy, gdyż czułem, że mam zapasy siły. Wcześniej we Wrocławiu również pobiegłem poniżej planu (miało być 3:30 zrobiłem 3:23 - samotny bieg rozpocząłem wówczas od półmetka).
Wiem, że mogę szybciej biegać i w tym roku ponownie stanę na starcie Maratonu Warszawskiego - tym razem będę chciał złamać 3 godziny.


10000000100000001100000011110000110000001000100010000000100010001100110010001000111111111010000011001100101010101000000010001000
AktualnościWARSZAWIAKYSylwetkiStartyZdjęciaBlogForumSłynniGościeSympatycyKalendariumKontakt