
Już na dwa dni przed maratonem wiedziałem, że coś jest inaczej niż zwykle, bo czułem się wręcz bardzo dobrze i to aż podejrzanie - zazwyczaj coś tam mi dolega. Tym razem jednak wszystko szło tak jak powinno, choć od soboty martwiło mnie słońce, które mocno przygrzewało w Krakowie. Ponadto wszystkie "znaki" były pozytywne: Legia wygrała 3-0, pod Czestochową spotkałem panią Małgorzatę Glinkę i dostałem od niej autograf, Adamek pokonał rywala w ringu, wiec jeszcze bardziej byłem przekonany, że tym razem uda się połamać 3hJ Od rana temperatura była wyższa niż się spodziewałem i to, co najgorsze - wiatr. Wiało na Błoniach praktycznie z każdej strony. Na starcie musiałem poprzepychać się w okolice startera (strefy czasowe z Warszawy mają jednak swoje plusy), bo oczywiście na pierwszych kilometrach maratonu wszyscy biegną na 2:50 J Po wystrzale z jakiegoś zabytkowego pistoletu poprzedzonego melodią ze Star Wars bieg ruszył. Od samego początku bardzo się pilnowałem, żeby trzymać równe tempo, bo wiem, że ten błąd już kilka razy popełniłem, zaczynając za szybko. Więc "podłączyłem" się pod jakiegoś kolegę biegacza, który co ważne miał Garmina - bowiem oznaczenia km na trasie okazały się chybione i to dość mocno, co uniemożliwiało trzymanie równego tempa. W okolicach 10km stworzyła się już silna grupka "pod wezwaniem", jak to żartobliwie nazywam, co trochę ułatwiało chowanie się przed wiatrem. Jednak do czasu.
Po arcynudnej prostej do Nowej Huty i z powrotem i wybiegnięciu z powrotem na bulwar nad Wisłą zaczęły się "schody". Wcześniej miałem możliwość, chociaż częściowego ułatwienia sobie życia i unikania gwałtownych podmuchów, ale po 35km zostałem sam i żarty się skończyły, a zaczął się maraton. Tyle, że nie tak go zaplanowałem. Tak jak kilka kilometrów wcześniej spokojnie miałem siłę, by przyśpieszyć i nadal trzymać równiutkie tempo na 2:53, tak teraz nagle i bez ostrzeżenia zaczął mnie boleć mięsień dwugłowy uda w prawej nodze, a tuż po tym "odcięło" mi zasilanie. Zwyczajnie odpadłem od tempa i za wszelką cenę walczyłem by w ogóle poruszać się do przodu. Pokonując dłużące się kilometry dotarłem na Błonia, gdzie mijając metę musiałem wykonać jeszcze jedno kółko - na 40kilometrze miałem 8.5 minuty do złamania trzech godzin. To mówi wszystko, w jakim byłem stanie i w jaki sposób pogoda rozdała karty. Próbowałem przyspieszyć, ale skończyło, się to tym, że nagle bez ostrzeżenia nogi same się zatrzymały i musiałem kilka sekund łapać oddech. No masakra, klasyczne przemęczenie.
Ostatecznie dobiegłem z czasem (wg. mojego stopera) 3:03:13, w żaden sposób nie będąc z siebie zadowolonym. Pochwalę za to organizację - oprócz uprzykrzającego życie zdejmowania czipa z buta tuż za metą i oznaczenia kilometrów na trasie - bardzo dobrze przygotowane zaplecze zawodów, w szczególności masażyści, którzy widząc mnie człapiącego do stolika od razu się mną zajęli i nie odpuścili dopóki nie postawili mnie na nogi.
|
Są takie dni, takie starty, które pamięta się przez całe życie. Swojego jedenastego maratonu z wielu powodów nie zapomnę nigdy… .
Maraton w Rotterdamie jest jednym z takich maratonów, które tworzą legendę tej dyscypliny: trzy rekordy świata, rekord świata M75, najlepsze dwa wyniki 2009r.-trzeci i czwarty wynik w historii. Jest też na liście dziesięciu najlepszych maratonów na świecie, chociaż nie jest rozgrywany ani w stolicy kraju tak jak Paryż czy Sztokholm, ani w jednym z miast Wielkiej Piątki, tak jak Boston czy Chicago. Co ciekawe mimo tego, że ma swoją renomę, Rotterdam jest jednym z najtańszych maratonów. Za 40 euro maratończyk ma płaską, idealnie oznakowana trasę, a w pakiecie otrzymuje techniczną koszulkę Adidasa, darmowe zdjęcia z mety oraz krótki film z przekraczania kolejnych punktów pomiaru czasu. No i jeszcze niektórzy biegacze mają możliwość obejrzeć zwycięzców w akcjiJ, co było moim udziałem na 40km, ale o tym później. Rotterdam jest też prekursorem w kilku dziedzinach. To tu zaczęto stosować do pomiaru chipy. Teraz już jako przestarzałe zastąpiono je ekologicznymi papierowymi paskami D-Tag. Inną taką nowinką są kubki ze specjalną przykrywką z nacięciami z gąbki. Świetna sprawa! Woda nie wylewa się, a gąbkę można wykorzystać do otarcia twarzy.
 Mój plan na 2:55 wymagał, żebym biegł w tempie 4:10 każdy kilometr.Tuż przed startem na specjalnym podeście szpakowaty już piosenkarz odśpiewał słynny na całym świecie hymn FC Liverpool „You’ll never walk alone”, potem wystrzał z historycznej armaty dał sygnał do startu, a z głośników popłynęła melodia Rotterdam Maraton, która trochę przypomina mi tą z filmu Indiana JonesJ
Było zimno i wietrznie, bardzo wietrznie, dlatego początkowe kilometry zacząłem bardzo szybko. Pierwsze trzy kilometry pobiegłem poniżej 4 minut. Szybko! Chyba, żeby się rozgrzać tak pędziłem. Sama trasa jest ciekawa i urozmaicona: przebiegała przez biedniejsze dzielnice zamieszkane przez emigrantów, jak również i przez te bogatsze zamieszkałe przez Holendrów. Wszędzie biegacze byli traktowani bardzo życzliwie, dopingowani i przez rdzennych mieszkańców i tych napływowych. Może dlatego, że w Holandii nie ukazuje się „postępowy” periodyk z czerwonym prostokątemJ nazywający biegaczy, każdy wie jak. Na piątym kilometrze mijaliśmy stadion Feynoordu, na którym Legia jako pierwsza polska drużyna walczyła w półfinale PEJ Na trasie były też polskie akcenty: kobiety z naszą narodową flagą oraz dwóch biegaczy, z których ten starszy, Tadeusz zajął doskonałe drugie miejsce w kategorii M55. W kilku miejscach dochodziły do mnie z tłumu polskie głosy: Jak się czujesz? Dzień dobry!
Czas upływał, a mi biegło się b.dobrze. Kilometry mijały jeden po drugim, wszystko przebiegało zgodnie z planem: tempo 4:03-4:11. Aż po dwóch i pół godzinach pojawiły się oznaki zmęczenia. „Schody” zaczęły się od 37 km, chociaż już wcześniej było kilka trudniejszych kilometrów. W ciężkich chwilach powtarzałem sobie słowa: „Katyń” i „Lech Kaczyński” i zapominałem o zmęczeniu. Gdy w 2007r. w Berlinie po raz pierwszy próbowałem złamać „trójkę”, na 16km odniosłem kontuzję. Miałem „rotura de fibras” (pęknięte włókna). Biegłem tak ponad 26 km z tą kontuzjowaną łydką i w ciężkich momentach powtarzałem „Westerplatte” i myślałem o moim Dziadku-partyzancie, którego Niemcy rozstrzelali w podlaskim lesie. Wtedy zabrakło mi 106 sekund do złamania trzech godzin. Teraz biegnąc w Rotterdamie, wiedziałem, że jest dobrze i jest szansa nawet na 2:54. Tylko, że 11.kwietnia pogoda nie była przychylna maratończykom: za duży wiatr i troszkę za zimno.
Jak już wcześniej wspomniałem trasa jest tak poprowadzona, że niektórzy mogą zobaczyć tych najlepszych. Ja widziałem pierwszych czterech biegaczy dokładnie na 40km. Zegar pokazywał 1:58 z sekundami. Ciekawie to wyglądało: dwóch pierwszych biegło w takich samych strojach jednej firmy sportowej, a parę kroków za nimi następnych dwóch w strojach innej firmy. Do mety mieli trochę ponad 2km, także wyliczyłem, że dobiegną do mety w 2:04. No i tak było. Zwycięzca z Kenii, Patrick Makau miał 2:04:48. Gdyby pogoda była trochę lepsza, mógł paść nowy rekord świata.
 To co odczuli nawet najlepsi, musiała też odczuć moja skromna osobaJ Z pięciu ostatnich kilometrów cztery przebiegłem w 4:20. To spowodowało, że na mecie miałem 2:56:10. Bardzo się cieszę z tego czasu, ponieważ poprawiłem o prawie półtorej minuty mój rekord po walce i mimo całej serii przeciwności: ciężkiej zimy jakiej najstarsi górale nie pamiętają, „podziemnego maratonu z hakiem” 47.7km w Bochni, zapalenia tchawicy i oskrzeli w połowie marca, tygodnia na antybiotykach, wizyty u dentystki i wstrząsającej wiadomości w dniu wyjazdu oraz mocnego wiatru podczas samego maratonu. Nie lubię biadolenia. Maraton to jest maraton. Wymaga wiele poświęcenia, wyrzeczeń, czasu, treningu. Wiem, że mimo czterdziestkiJ nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Stać mnie na dużo więcej!
A na mecie zapamiętałem jednego maratończyka-twardziela w koszulce Wielkiej Brytanii. Dlaczego? Widać to najlepiej na zdjęciu. Mam wielki szacunek dla takich ambitnych sportowców. Richard Whitehead ukończył maraton w Rotterdamie w 2:46!Niesamowity gość!
|
10000000100000001100000011110000110000001000100010000000100010001100110010001000111111111010000011001100101010101000000010001000
|