Słoneczny poranek zapowiadał doskonałą pogodę do przebiegnięcia trasy V Półmaratonu Warszawskiego. Na Starówce zjawiłem się parę minut po 8.00 by odebrać pakiet startowy. W Biurze Zawodów było już sporo osób a przebieralnia pękała w szwach – a start dopiero za dwie godziny. Przy wyjściu Biura Zawodów spotkałem biegacza (kat. M-50) którego zapoznałem na Biegu Wedla. Opowiedział mi jak to dzięki bieganiu (a zaczął biegać trzy lata temu) przy wadze 150 kg udało mu się zrzucić prawie 50 kg, a co najważniejsze zerwać z alkoholizmem. Po tej jakże szczerej rozmowie z osobą, którą spotkałem zaledwie dwa razy doszło do mnie, że bieganie to nie tylko robienie życiówek i bicie rekordów. Ustawiając się do startu nie myślałem o poprawieniu życiówki, postanowiłem pobiec dla przyjemności. Wmieszałem się w tłum stojący w ostatniej strefie czasowej i wolno ruszyłem do przodu. Jak zwykle Warszawscy kibice nie dali się nie zauważyć, Ci dopingujący na Krakowskim Przedmieściu krzyczeli i bili brawa z całych sił, a niektóre dzieci wyrywały się rodzicom chcąc pobiec z nami. Biegło się przyjemnie, po stronie Praskiej słońce grzało w twarz a delikatny wiaterek chłodził kark, dopiero po dobiegnięciu na Solec dało się odczuć mocniejszy podmuch wiatru. Osobiście najprzyjemniej biegło mi się ul. Dobrą, Solec, Ludną, Rozbrat oraz oczywiście Łazienkowską z wiadomych przyczyn. 
Starałem się utrzymać równe tempo i pilnować, żeby nie przyspieszać. Wydawało mi się, że biegnąc tym tempem pokonam trasę w 2 godziny, ale zbytnio się tym nie przejmowałem. Po przebiegnięciu półmetka nagle wszyscy zaczęli zwalniać więc systematycznie przesuwałem się do przodu. Na Wybrzeżu Gdańskim biegło się pod wiatr także trzeba było ustawiać się za innymi biegaczami by nie tracić sił na walkę z wiatrem, i tak biegnąc na ok. 16 km wyprzedziłem grupę biegnącą na czas 1:40. Zbliżała się ul. Sanguszki, wedle zaleceń Lucky-ego nie skorzystałem z punktu odżywiania będącego przed samym podbiegiem choć suszyło w gardle na potęgę, o dziwo miałem tyle zapasu sił, że pokonałem ten odcinek bez problemu. Na Bonifraterskiej czułem się na tyle dobrze, że podkręciłem trochę tempo i w przeciwieństwie do innych biegów gdzie pod koniec trasy byłem bez sił, zacząłem wyprzedzać. Na Senatorskiej i Moliera duża grupa kibiców głośnym dopingiem skandowała: „dalej dalej, nie odpuszczać”, co było bardzo miłe i potrzebne pod koniec trasy. Na Krakowskim Przedmieściu jedna z kibicujących osób zawołała: „DALEJ WARSZAWIAKY”, wtedy dała mi się we znaki adrenalina i na ostatniej prostej finiszowałem chyba z prędkością światła, i tak biegnąc dla przyjemności poprawiłem życiówkę o 4 min.
Mój debiut w Półmaratonie Warszawskim muszę zaliczyć do udanych, jedyny minus to za wysoka opłata startowa jak dla przeciętnego Polaka.
Artur Z.
|
12.godzinny Podziemny Bieg Sztafetowy w Bochni to legendarny bieg sztafetowy w Polsce. Nam się udało wystartować w tych zawodach i zająć mimo wielu przeciwności bardzo dobre, jak na debiutantów, 13. miejsce na 60 sztafet.
Jechaliśmy równo całą czwórką od godz.10 rano do godz.22 zgodnie z przyjętą strategią zmian, którą potem zmienialiśmy w zależności od sytuacji, godziny i dyspozycji. Każdy dawał z siebie wszystko, co mógł. Jeden WARSZAWIAK mógł liczyć na pozostałych, nikt nie zawalił w strefie zmian, a bywały takie przypadki wśród innych ekip. Dobra koordynacja, dobra strategia, a zwłaszcza warszawski charakter pomógł nam pokonać całkiem niezły dystans: 163.894 metryJ
W niektórych przypadkach zapłaciliśmy frycowe, np. szybko skończyły się nam owoce (potrzebnych jest z 7kg bananów i drugie tyle pomarańczy), pierwsze zmiany były trochę za długie (po 4kółka), ale człowiek uczy się na błędach.
Natomiast warto było pokonywać własne słabości, ból, zmęczenie, zniechęcenie, kontuzje, odwodnienie, głód (w ciągu całego dnia zjedliśmy wszystko co mieliśmy do zjedzenia J) po to, żeby po dwunastu godzinach biegania bez przerwy, dając z siebie wszystko na ostatniej zmianie, usłyszeć końcową syrenę oznajmiającą koniec tego najbardziej prestiżowego sztafetowego biegu w Polsce.
|
Wiązowna to cudowna impreza: profesjonalne zawody, zorganizowane z olbrzymim sercem przez przegościnnych organizatorów. W Wiązownej biegacz czuje się jak królJ: organizatorzy starają się mu dogodzić we wszystkim. Na mojej prywatnej liście najlepszych półmaratonów polskich Wiązowna nie ma konkurentów. Wielkie brawa dla wszystkich, którzy przygotowują ten świetny bieg!
Osobiście tę radość ze startu w Wiązownej potęguje fakt, że co roku poprawiam tu swój czas o 2 minuty i co roku powiększa się liczba startujących WARSZAWIAKÓWJ W 2008 roku wystartowałem tu sam dobiegając do mety w 1:25. W 2009 roku miałem 1:23, a poza mną startował też Piotrek. Natomiast wczoraj to był już prawdziwy „odjazd” J: siedmiu Warszawiaków ukończyło XXX Półmaraton Wiązowski+ dwóch naszych sympatyków+dwóch małych krasnoludków, z których ten najmłodszy Konrad nie ma jeszcze 3latJ a ja miałem czas 1:21. Aż strach pomyśleć, co to będzie za rok!
No i jeszcze w tym roku doszły świetne sportowe wyniki. Wszyscy pobiegli na maksa w okolicy swoich życiówek lub poprawiając je. Lucky złamał 1:20 w świetnym stylu i dostał się do rankingu najlepszych biegaczy prowadzonym przez chłopaków z Byledobiec, natomiast Roman w wieku 53 lat śmiga jak młody zającJ.
|
10000000100000001100000011110000110000001000100010000000100010001100110010001000111111111010000011001100101010101000000010001000
|