WARSZAWIAKY
Aktualności
WARSZAWIAKY
Sylwetki
Starty
Zdjęcia
Blog
Słynni
Goście
Sympatycy
Kalendarium
Kontakt
Kategorie
Archiwum
wrzesień 2010
sierpień 2010
lipiec 2010
czerwiec 2010
maj 2010
kwiecień 2010
marzec 2010
luty 2010
styczeń 2010
grudzień 2009
Athletics Club
Blog
RSS
Nareszcie podium! :) Ekobieg-pożegnanie wakacji 28.08.2010
1 września 2010 - 00:03

Nareszcie podium!!! J
Bieg startował o 18:00 (wolę biegać wieczorem), pogoda była idealna. Lekka mżawka, 15 stopni, zero słońca. Nic tylko biec ile sił w nogach. Strzał startera (a raczej okrzyk J
) i poszliśmy. Na początku do przodu uciekł Kuśmierz i jakiś chłopak w WKB Meta Lubliniec. Ja trzymałem się kolesia z Entre z którym przegrałem w Choszczówce (dość wyraźnie czego nie pokazuje czas, bo ja umierałem, a on spokojnie kontrolował bieg i w końcówce bez żadnego problemu przyśpieszył), ale wiedziałem, że dziś mogę wytrzymać jego tempo. 

Problemy zaczęły się na 2 km, ale nie z formą, ale trasą. Była kompletnie obłocona, jak w biegu Truskawki (Kamil wie o czym mówięJ). W dodatku na odcinku kilometra szerokość trasy to ok. 50 cm, więc waliliśmy prosto przez błoto, nawet nie szukając suchych punktów. Na ok.2 kilometrze dogoniliśmy chłopaka z WKB, który chyba za mocno ruszył. Trzymał się nas jeszcze jakiś czas, ale nie dał rady. Pozostała tylko walka między mną a kolesiem z Entre. Kuśmierz w tym czasie był już prawie 3 minuty przed nami... Biegliśmy razem do 9 km 500 metra, biegnąc ostatni kilometr już prawie na maksa. Na ostatnich 500 metrach on jeszcze trochę zwiększył tempo, ja już nie wytrzymałem i odpadłem na parę metrów (czas na stronie nie jest prawidłowy, ja się na tyle cieszyłem z 3 miejsca, że przebiegłem obok kolesia, który skanował numery startowe i udało mu się to dopiero po jakiś 10 sekundachJ
). Radość olbrzymia z pierwszego podium w życiu i niesamowita motywacja do dalszych treningów.

Patrząc na trasę, gdzie połowa była w błocie i ślizgawka była niesamowita, mój czas bardzo mnie cieszy. Na stoperze złapałem 38:05 (było 10 km 50 metrów), więc biegłem na 38 minut. Wiem, że na asfalcie przy podobnych warunkach jestem w stanie zrobić 37 minut, więc znacznie się poprawiłem. Oby tak dalej...

 A żeby było jeszcze ciekawiej, wygrałem główną nagrodę męską tego dnia, buty PumyJ i to jeszcze nie koniec, bo moja dziewczyna wygrała w losowaniu w ogóle główną nagrodę, Toyotę Prius na weekendJ Więc nie dość, że forma dopisała to jeszcze szczęście niesamowite, wracałem do domu szczęśliwy jak dzieckoJJ 

                                        Bartek

X Półmaraton Rejów 21.08.2010- relacja Bartka
26 sierpnia 2010 - 21:32

Półmaraton Rejów to zdecydowanie najcięższy bieg w jakim biegłem i zarazem moja największa porażka na trasach biegowych. Chciałem sprawdzić formę przed MW, ale wyszła z tego kompletna katastrofa. Trasa na całej swojej długości może miała 4 km płaskiego, poza tym cały czas podbiegi i zbiegi z dwoma morderczymi podbiegami po 2 km każdy! Potem tyle samo zbiegu. Do tego 30 stopni... Na początku kontrolowałem tempo i szło mi bardzo dobrze, 3:55 na km. Ale tylko do 10 km. Potem pierwszy raz przeżyłem kompletne załamanie kończąc bieg z czasami 5:00 na km!!! Nie byłem w stanie biec, nie mogłem zbiegać. Jak by ktoś wyjął wtyczkę z zasilaniem.

Jak ktoś chce zrobić życiówkę, to zdecydowanie odradzam. Jak ktoś chce sprawdzić siłę i wytrzymałość na podbiegach, to lepiej nie może trafićJ Ja niestety jeszcze nie wytrzymałem, ale kiedyś jeszcze tam pojadę i tym razem, to ja wygram z górami, a nie one ze mnąJ

9.Mistrzostwa Europy w Biegach Górskich 04.07.2010- relacja Mistrzyni :)
9 lipca 2010 - 23:49

Marie szybko biega to i szybką relację napisała
J

I started fast as it was flat and on the road. I was 3rd and then I ran at my pace. But the
italians are so good! I gave all myself! Now, I can hardly walk but it's improving....(you know
how it feels.... J)

 I thought about you, Maciek when I saw the Polish girl Team...I wanted to ask them if they
know you as you're so famous (remember Kent????) particularly with girls! hihihi :p But I didn't
dare.....”

Gregory rozpoczyna przygotowania do Maratonu Warszawskiego i 3 godzin :)
30 czerwca 2010 - 20:07


Zgodnie z zasadą naszego prezesa, im bardziej ekstremalne warunki podczas treningów, tym bardziej jesteśmy odporni w czasie startów. Kierując się tą myślą rozpocząłem wczoraj w samo południe przygotowania do kolejnego maratonu. 9-cio dniowa abstynencja od biegania sprawiła, że wczorajszy trening, chcecie wierzyć lub nie, dał mi ogromną radochę, a zarazem pokazał, ile trzeba będzie jeszcze wylać potu, ile włożyć samozaparcia i amatorskiego sportowego charakteru, aby wytrwać do godziny zero - 26.09.2010.

W głowie rodzą się przeróżne myśli, a jedna z nich, czy dam radę? Druga po niej – na pewno dasz!!!

Zaczynając przygotowania do tak poważnego startu, myślę także o celach jakie chcę zrealizować, jaki wynik chcę i jestem w stanie osiągnąć.

1. Cele treningowe:
- 100 % wykonania planu treningowego ( chciałbym bardzo )
- pokonanie i walka z własnymi słabościami

2. Cele czasowe:
 - 3:00 - 3:05 - jeszcze mało osiągalne, ale może kiedyś :)

 -
3:05 - 3:10 – rewelacyjnie

 -
3:10 -  3:15 - bardzo dobrze
 -
3:15 -  3.20 - starość nie radość :(

I co z tego wynika panowie, teraz trzeba zapierd… ( jak to kiedyś dobitnie powiedział mi znajomy instruktor od pływania z WAT-u, kiedy zaczynałem pływać pod jego okiem), bo MARATON, sami bardzo dobrze wiecie, potrafi być okrutny i różne figle płatać.

Potrafi też być piękny, wtedy, kiedy mijasz napis META…

Życzę wszystkim dużo samozaparcia i do zobaczenia na starcie…

Gregory

IV Bieg Ursynowa 22.06.2010
23 czerwca 2010 - 11:10

Po sobotnim biegu tak mi przyszło do głowy, że razem z Krzyśkiem mamy 91 lat, a sumując nasze czasy na 5km z Biegu Ursynowa na 10km otrzymalibyśmy wynik 36:06. To chyba niezły czas, jak na 91.latka? J 

Piątka to przy maratonie taki sprint- nim człowiek się obejrzy, już jest na mecie. Praktycznie nie ma czasu na jakąś strategię, czy kalkulację. Trzeba tylko równo walić do mety. A na starcie cała elita warszawsko-mazowieckich biegów, medaliści MP, mocne ekipy z Białorusi i Ukrainy oraz zawsze szybcy Kenijczycy.


Pierwszy kilometr przebiegłem w 3:14- zdecydowanie za szybko. Gdybym utrzymał ten rytm, dałoby mi to 16:10 na mecie! To obecnie jest poza moim zasięgiem. Ciężko jest wyznaczyć zakładane tempo na ten pierwszy kilometr, poza tym podnosi się adrenalina, gdy biegniesz z najlepszymi.
Kolejne kilometry wyglądały tak: 2km-3:28, 3km-3:33, 4km-3:25, 5km-3:21.
No i jeszcze 22metry brakujące do mety pokonane w niecałe 5 sekund.

Drugi i trzeci kilometr był najsłabszy i zdecydował, że nie złamałem 17minut. A stało się tak, ponieważ pierwszy za ostro zacząłem i potem organizm dochodził do siebie. No, ale jak już wspominałem, w takim biegu jak ten na 5km ciężko jest wybrać właściwe tempo biegu. Wszystko dzieje się tak błyskawicznie. Gregory, który robił nam zdjęcia na starcie, musiał pędzić na metęJ, żeby zdążyć i tam też je zrobić.


Życiówka, 17:08 zaowocowała miejscem na podium w kategorii Masters. Jak to b.celnie skomentował „Słonik” z KB Gymnasion, stać na podium obok takich asów jak Darek Wieczorek i Jacek Gardener jest wielkim wyróżnieniem.

Sympatyczna pani z Urzędu Dzielnicy Ursynów wręczając nam puchary, dowcipnie zapytała, czy my na pewno z takimi sportowymi sylwetkami jesteśmy zawodnikami kategorii Masters, a nie JuniorówJ Miło z jej strony.

Podziękowania dla niej i dla wszystkich organizatorów!

II Legionowska Dycha 13.06.2010 by ZAWI :)
14 czerwca 2010 - 20:48


Pamiętam, jak rok temu zobaczyłem na bilbordach w Legionowie plakaty I Legionowskiej Dychy. Pomyślałem sobie, że może zacznę biegać, by za rok wystartować w II edycji tego biegu. I tak z sąsiadem zacząłem truchtać po Legionowskich Lasach. Niestety sąsiad nie dotrzymał słowa i stracił zapał do biegania ( może dlatego że kibicuje Jagielloni Białystok), a mi się udało i wystartowałem w II Legionowskiej Dyszce.

Pogoda w dniu startu była słoneczna i wietrzna. Na starcie było ponad 400 zawodników a wśród nich spora grupa sąsiadów z Ukrainy. Sygnałem do startu był wystrzał z działa armatniego. Trasa była kręta, więc biegnąc wyobrażałem sobie, że jestem za sterami F1 i jak Robert Kubica starałem się śmigać jak najkrótszym torem, biegnąc od krawężnika do krawężnika. Trasa była dobrze oznaczona także można było rozłożyć siły, by w końcówce na prostej start-mecie przyspieszyć i pobić życiówkę, co też uczyniłem. Jeśli chodzi o organizację, to nie zauważyłem żadnych uchybień.

Kibiców także nie zabrakło, tego dnia Legionowo po prostu żyło bieganiem - co cieszy. Po zakończeniu biegu każdy uczestnik biegu otrzymał medal, a w Biurze Zawodów czekała do odbioru techniczna koszulka z pamiątkowym nadrukiem. A co najważniejsze nie zabrakło ciepłego posiłku.   
  
Co do III Legionowskiej Dyszce, to obiecałem sobie że zejdę na niej poniżej 40 minut.

Także zapraszam wszystkich za rok do Legionowa, bo naprawdę warto.
                                                                                            ZAWI    

V Bieg Entre 29.05.2010
3 czerwca 2010 - 22:42

W minioną sobotę debiutowałem w biegu wokół Cytadeli, w tym b.ważnym w historii Warszawy i Polski, pięknie usytuowanym miejscu. Dla mnie też jest ono bliskie, ponieważ niedaleko na ul. Felińskiego chodziłem do szkoły i zdawałem maturę. Organizujący ten bieg klub ENTRE przygotował wiele atrakcji zarówno w biegach dla najmłodszych, których prowadził biegający łośJ, jak i w biegu głównym na 10km.W biegu dwunastolatków bardzo dobrze pobiegło dwóch naszych chłopaków z CWKS Legia: Grzesiek i Filip. Ten pierwszy został zwycięzcą wygrywając z łosiem, gepardami i gazelami. Co młody wilk to młody wilk!J
Sama trasa jest bardzo ciekawa: najpierw mała pętelka od strony Placu Inwalidów pod murami Cytadeli, a potem trzy kółka wokół niej. Najtrudniejszy moment był przy nazwie, która mówi wszystko: Brama Straceń! Długi podbieg zakończony podwójnymi schodkami, a wcale nie były to hiszpańskie schody. Punkty kilometrowe były idealnie oznaczone, ale przy takiej topografii terenu ciężko było utrzymać jednostajny rytm, ponieważ to taka typowo crossowa trasa: urozmaicona, z licznymi zakrętami, podbiegami i zbiegami. Bardzo lubię takie wymagające trasyJ Przypominają mi Anglię i angielskich runnersów, którzy nigdy na nic nie narzekają. A u nas… .

Bieg miał bardzo mocną obsadę. Na starcie zjawiła się cała warszawsko-mazowiecka biegowa śmietanka, jak również bardzo dobrzy biegacze z innych regionów Polski. A wśród kobiet rywalizacja była jeszcze większa-same championkiJ To był chyba najmocniej obstawiony bieg w 2010r. Przed biegiem założyłem sobie, że pobiegnę treningowo na 40min. Jednak już w czasie samego biegu czułem się bardzo dobrze, na dużym gazie. Biegło mi się wyjątkowo lekko, dlatego postanowiłem powalczyć. Trzymałem się blisko biegaczy z czołówki, kontrolując do nich dystans, a na ostatnim okrążeniu jeszcze byłem w stanie przyspieszyć i wyprzedzić kilku z nich.
Ostatecznie udało mi się z czasem 36:34 zmieścić w pierwszej dziesiątce. Gregory i Artur, którzy również debiutowali na Cytadeli, pobiegli bardzo dobrze, na ostatnim ostrym zbiegu wyprzedzili kilku biegaczy i zajęli odpowiednio trzydzieste i czterdzieste trzecie miejsce. Także mielibyśmy szanse na wysokie miejsce w klasyfikacji drużynowej, ale kontuzje, Puchar Maratonu (gdzie zwyciężył LuckyJ-brawo!) oraz obowiązki rodzinno-zawodowe trochę pokrzyżowały nam plany.

Do jednej z wielu atrakcji Biegu ENTRE można zaliczyć to, że jest on bardzo interesujący również dla kibiców. Na bieżąco mogą oni śledzić wyniki rywalizacji, a skarpa przypominająca takie naturalne trybuny bardzo to ułatwia. Ten nasyp powala widzom obserwować, co najmniej czterokrotnie każdego biegacza i patrzyć z góryJ na rywalizację biegaczy.

Jeszcze jakby było mało satysfakcji i radości z dobrego startu WARSZAWIAKÓW oraz Młodych Wilków, to dodatkowo uśmiechnęło się do nas szczęście w losowaniu. Wygraliśmy z Grześkiem piękne profesjonalne plecakiJJ Gregory to chyba jakiś pakt z diabłem podpisał, bo nie dość, że biega coraz szybciej, to jeszcze na wszystkich zawodach coś wygrywa w losowaniachJ Impreza bardzo udana i godna polecenia.
X Jubileuszowy Półmaraton Hajnowski 15.05.2010 i Biesiada :)
20 maja 2010 - 13:01

O Półmaratonie w Hajnówce słyszałem tyle zachwytów, komplementów i pochwał od biegającego sąsiada z Chomiczówki J, Andrzeja Balcerzaka, że musiałem tam pojechać, tym bardziej, że szykował się jubileuszowy dziesiąty już start, a ja bardzo lubię takie okrągłe starty. Trzeba było być bardzo czujnym, żeby zapisać się do tego biegu, ponieważ Hajnówka to jeden z najbardziej „rozchwytywanych” biegów. W lutym, trzy miesiące przed startem nie było już wolnych miejsc! Naszej Warszawiakowej piątce w porę udało się zapisać i mogliśmy wyruszyć do krainy żubraJ Ponieważ poza częścią biegową tego wyjazdu miały też być inne atrakcje, niektórzy z nas zabrali swoje rodziny. Już teraz nadmienię, że wszyscy, łącznie z najmłodszymi Konradem i Anastazją, wrócili zadowoleni.

Na starcie wiele znajomych twarzy z.. WarszawyJ, ale była też mocna ekipa z Białorusi oraz biegacze z innych regionów Polski: Gołdapi, Torunia, Stalowej Woli czy Łomży.
Sama trasa obiecywała „tlenową ucztę” dla płucJ, ponieważ 17km prowadziło przez fantastyczną Puszczę Białowieską. Trochę przypominało to ulicę Dewajtis w Lasku Bielańskim, tylko praktycznie bez samochodów, no i Puszcza Białowieska to Puszcza Białowieska- nie było ograniczeń Marymoncką i Wisłostradą. Droga z Białowieży do Hajnówki to niekończąca się zieleń, drzewa i bliskość z Naturą.

Zaraz po starcie, który nastąpił po odegraniu sygnału na rogu myśliwskim, niesiony startową adrenaliną zacząłem zbyt szybko: 3:39 pierwszy kilometr. Zdecydowanie za ostro. W takich biegach jak półmaraton nie chodzi o to, żeby ścigać się na pierwszych kilometrach tylko na ostatnich. Dlatego zwolniłem i doszło mnie kilku innych zawodników, wśród nich pierwsza kobieta z Białorusi. Nasza dziesięcioosobowa grupa praktycznie przez ¾ trasy trzymała się razem. Nie szarpałem, nie napinałem się, tylko cały czas trzymałem dystans i delektowałem się „tlenową ucztą” oraz pięknem przyrody. Przyglądałem się też reszcie biegaczy z tej naszej dziesięcioosobowej wycieczki przez Puszczę Białowieską. Po 18km naszą grupę już lekko przetrzebiło: został już tylko znajomy z aleTempo, Białorusinka oraz jeszcze jeden biegacz. Czułem się bardzo dobrze, do mety było już coraz bliżej, także zdecydowałem się na atak. Na ulice Hajnówki wbiegłem już samotnie z lekką przewagą nad pozostałymi. Końcówka była dla mnie o tyle niekomfortowa, że nie widziałem żadnego biegacza przede mną (przybiegł 3 minuty wcześniej), który byłby punktem odniesienia i za którym mógłbym biec, a ponieważ nie znałem dokładnie końcówki na ulicach i skrzyżowaniach w Hajnówce (trochę przypomina Sochaczew), nie biegłem z taką swobodą, na jaką było mnie stać. Po cichu liczyłem, że uda się złamać 1:20. Na metę wpadłem niezagrożony na dziesiątym miejscu, ale zabrakło mi 37 sekund do zejścia poniżej 80 minut. W sumie jestem bardzo szczęśliwy, ponieważ 1:20:36 to moja życiówka w półmaratonie (już czwarta w 2010rJ), ale lekki niedosyt pozostał. Co się odwlecze, to nie uciecze!

Niedługo po mnie na mecie zameldowali się Gregory z Krzyśkiem. Gregory również zrobił życiówkę 1:26. Bardzo cieszy ten wynik, ponieważ formuje się mocna trzyosobowa grupa na 1:25. Roman, Krzysiek i Gregory zaczynają deptać po piętach Luckyemu i mi JJ Następni na mecie przybiegli Artur, który „otarł się” o swój rekord oraz Grzesiek, który chociaż ostatnio mniej biega, to trzyma fasonJ Na mecie na wszystkich biegaczy czekały piękne drewniane medale z wygrawerowanym imieniem każdego uczestnika oraz stoły zastawione napojami, bananami i pączkami.

Potem był czas na prysznic w pobliskiej szkole, pyszny obiad w tamtejszej stołówce (ogórkowa, kurczak z ryżem i sałatką oraz kompot) - ukłony i podziękowania dla pań kucharek oraz miłych dziewczyn objaśniających rozmieszczenie sal!
Już wykąpani i przebrani wróciliśmy do amfiteatru, gdzie Krzysiek i ja odebraliśmy piękne drewniane puchary za miejsca na podium w klasyfikacji wiekowej. Nie byliśmy jedynymi obdarowanymi, ponieważ w losowaniu nagród szczęście również uśmiechnęło się do Grześków.

 No i przyszedł czas na słynną BiesiadęJ Najpierw godzinna podróż kolejką wąskotorową przez Puszczę Białowieską do uroczej Osady Topiło. A tam czekał na nas: Żubr, wędliny, Duch Puszczy, dzik, Cygański Czar i wiele, wiele innych atrakcji, ale te najlepiej zobaczyć i zakosztować samemuJJJ

Wielkie podziękowania dla organizatorów za zorganizowanie tej świetnej imprezy!
Za rok powrócimy, jeśli uda się nam zapisaćJ

IX Cracovia Marathon 25.04.2010
26 kwietnia 2010 - 10:16


Już na dwa dni przed maratonem wiedziałem, że coś jest inaczej niż zwykle, bo czułem się wręcz bardzo dobrze i to aż podejrzanie - zazwyczaj coś tam mi dolega. Tym razem jednak wszystko szło tak jak powinno, choć od soboty martwiło mnie słońce, które mocno przygrzewało w Krakowie. Ponadto wszystkie "znaki" były pozytywne: Legia wygrała 3-0, pod Czestochową spotkałem panią Małgorzatę Glinkę i dostałem od niej autograf, Adamek pokonał rywala w ringu, wiec jeszcze bardziej byłem przekonany, że tym razem uda się połamać 3h
J

Od rana temperatura była wyższa niż się spodziewałem i to, co najgorsze - wiatr. Wiało na Błoniach praktycznie z każdej strony. Na starcie musiałem poprzepychać się w okolice startera (strefy czasowe z Warszawy mają jednak swoje plusy), bo oczywiście na pierwszych kilometrach maratonu wszyscy biegną na 2:50 J 
Po wystrzale z jakiegoś zabytkowego pistoletu poprzedzonego melodią ze Star Wars bieg ruszył. Od samego początku bardzo się pilnowałem, żeby trzymać równe tempo, bo wiem, że ten błąd już kilka razy popełniłem, zaczynając za szybko. Więc "podłączyłem" się pod jakiegoś kolegę biegacza, który co ważne miał Garmina - bowiem oznaczenia km na trasie okazały się chybione i to dość mocno, co uniemożliwiało trzymanie równego tempa. W okolicach 10km stworzyła się już silna grupka "pod wezwaniem", jak to żartobliwie nazywam, co trochę ułatwiało chowanie się przed wiatrem. Jednak do czasu.

Po arcynudnej prostej do Nowej Huty i z powrotem i wybiegnięciu z powrotem na bulwar nad Wisłą zaczęły się "schody". Wcześniej miałem możliwość, chociaż częściowego ułatwienia sobie życia i unikania gwałtownych podmuchów, ale po 35km zostałem sam i żarty się skończyły, a zaczął się maraton. Tyle, że nie tak go zaplanowałem. Tak jak kilka kilometrów wcześniej spokojnie miałem siłę, by przyśpieszyć i nadal trzymać równiutkie tempo na 2:53, tak teraz nagle i bez ostrzeżenia zaczął mnie boleć mięsień dwugłowy uda w prawej nodze, a tuż po tym "odcięło" mi zasilanie. Zwyczajnie odpadłem od tempa i za wszelką cenę walczyłem by w ogóle poruszać się do przodu. Pokonując dłużące się kilometry dotarłem na Błonia, gdzie mijając metę musiałem wykonać jeszcze jedno kółko - na 40kilometrze miałem 8.5 minuty do złamania trzech godzin. To mówi wszystko, w jakim byłem stanie i w jaki sposób pogoda rozdała karty. Próbowałem przyspieszyć, ale skończyło, się to tym, że nagle bez ostrzeżenia nogi same się zatrzymały i musiałem kilka sekund łapać oddech. No masakra, klasyczne przemęczenie.

Ostatecznie dobiegłem z czasem (wg. mojego stopera) 3:03:13, w żaden sposób nie będąc z siebie zadowolonym. Pochwalę za to organizację - oprócz uprzykrzającego życie zdejmowania czipa z buta tuż za metą i oznaczenia kilometrów na trasie - bardzo dobrze przygotowane zaplecze zawodów, w szczególności masażyści, którzy widząc mnie człapiącego do stolika od razu się mną zajęli i nie odpuścili dopóki nie postawili mnie na nogi.


30. Rotterdam Marathon 11.04.2010
23 kwietnia 2010 - 01:14

Są takie dni, takie starty, które pamięta się przez całe życie. Swojego jedenastego maratonu z wielu powodów nie zapomnę nigdy… .

Maraton w Rotterdamie jest jednym z takich maratonów, które tworzą legendę tej dyscypliny: trzy rekordy świata, rekord świata M75, najlepsze dwa wyniki 2009r.-trzeci i czwarty wynik w historii. Jest też na liście dziesięciu najlepszych maratonów na świecie, chociaż nie jest rozgrywany ani w stolicy kraju tak jak Paryż czy Sztokholm, ani w jednym z miast Wielkiej Piątki, tak jak Boston czy Chicago. Co ciekawe mimo tego, że ma swoją renomę, Rotterdam jest jednym z najtańszych maratonów. Za 40 euro maratończyk ma płaską, idealnie oznakowana trasę, a w pakiecie otrzymuje techniczną koszulkę Adidasa, darmowe zdjęcia z mety oraz krótki film z przekraczania kolejnych punktów pomiaru czasu. No i jeszcze niektórzy biegacze mają możliwość obejrzeć zwycięzców w akcjiJ, co było moim udziałem na 40km, ale o tym później. Rotterdam jest też prekursorem w kilku dziedzinach. To tu zaczęto stosować do pomiaru chipy. Teraz już jako przestarzałe zastąpiono je ekologicznymi papierowymi paskami D-Tag. Inną taką nowinką są kubki ze specjalną przykrywką z nacięciami z gąbki. Świetna sprawa! Woda nie wylewa się, a gąbkę można wykorzystać do otarcia twarzy.


Mój plan na 2:55 wymagał, żebym biegł w tempie 4:10 każdy kilometr.
Tuż przed startem na specjalnym podeście szpakowaty już piosenkarz odśpiewał słynny na całym świecie hymn FC Liverpool „You’ll never walk alone”, potem wystrzał z historycznej armaty dał sygnał do startu, a z głośników popłynęła melodia Rotterdam Maraton, która trochę przypomina mi tą z filmu Indiana JonesJ

Było zimno i wietrznie, bardzo wietrznie, dlatego początkowe kilometry zacząłem bardzo szybko. Pierwsze trzy kilometry pobiegłem poniżej 4 minut. Szybko! Chyba, żeby się rozgrzać tak pędziłem.
Sama trasa jest ciekawa i urozmaicona: przebiegała przez biedniejsze dzielnice zamieszkane przez emigrantów, jak również i przez te bogatsze zamieszkałe przez Holendrów. Wszędzie biegacze byli traktowani bardzo życzliwie, dopingowani i przez rdzennych mieszkańców i tych napływowych. Może dlatego, że w Holandii nie ukazuje się „postępowy” periodyk z czerwonym prostokątemJ nazywający biegaczy, każdy wie jak.
Na piątym kilometrze mijaliśmy stadion Feynoordu, na którym Legia jako pierwsza polska drużyna walczyła w półfinale PEJ Na trasie były też polskie akcenty: kobiety z naszą narodową flagą oraz dwóch biegaczy, z których ten starszy, Tadeusz zajął doskonałe drugie miejsce w kategorii M55. W kilku miejscach dochodziły do mnie z tłumu polskie głosy: Jak się czujesz? Dzień dobry!

Czas upływał, a mi biegło się b.dobrze. Kilometry mijały jeden po drugim, wszystko przebiegało zgodnie z planem: tempo 4:03-4:11. Aż po dwóch i pół godzinach pojawiły się oznaki zmęczenia.  „Schody” zaczęły się od 37 km, chociaż już wcześniej było kilka trudniejszych kilometrów. W ciężkich chwilach powtarzałem sobie słowa: „Katyń” i „Lech Kaczyński” i zapominałem o zmęczeniu. Gdy w 2007r. w Berlinie po raz pierwszy  próbowałem złamać „trójkę”, na 16km odniosłem kontuzję. Miałem „rotura de fibras” (pęknięte włókna). Biegłem tak ponad 26 km z tą kontuzjowaną łydką i w ciężkich momentach powtarzałem „Westerplatte” i myślałem o moim Dziadku-partyzancie, którego Niemcy rozstrzelali w podlaskim lesie. Wtedy zabrakło mi 106 sekund do złamania trzech godzin.
Teraz biegnąc w Rotterdamie, wiedziałem, że jest dobrze i jest szansa nawet na 2:54. Tylko, że 11.kwietnia pogoda nie była przychylna maratończykom: za duży wiatr i troszkę za zimno.

Jak już wcześniej wspomniałem trasa jest tak poprowadzona, że niektórzy mogą zobaczyć tych najlepszych. Ja widziałem pierwszych czterech biegaczy dokładnie na 40km. Zegar pokazywał 1:58 z sekundami. Ciekawie to wyglądało: dwóch pierwszych biegło w takich samych strojach jednej firmy sportowej, a parę kroków za nimi następnych dwóch w strojach innej firmy. Do mety mieli trochę ponad 2km, także wyliczyłem, że dobiegną do mety w 2:04. No i tak było. Zwycięzca z Kenii, Patrick Makau miał 2:04:48. Gdyby pogoda była trochę lepsza, mógł paść nowy rekord świata.

 
To co odczuli nawet najlepsi, musiała też odczuć moja skromna osobaJ Z pięciu ostatnich kilometrów cztery przebiegłem w 4:20. To spowodowało, że na mecie miałem 2:56:10. Bardzo się cieszę z tego czasu, ponieważ poprawiłem o prawie półtorej minuty mój rekord po walce i mimo całej serii przeciwności: ciężkiej zimy jakiej najstarsi górale nie pamiętają, „podziemnego maratonu z hakiem” 47.7km w Bochni, zapalenia tchawicy i oskrzeli w połowie marca, tygodnia na antybiotykach, wizyty u dentystki i wstrząsającej wiadomości w dniu wyjazdu oraz mocnego wiatru podczas samego maratonu. Nie lubię biadolenia. Maraton to jest maraton. Wymaga wiele poświęcenia, wyrzeczeń, czasu, treningu.
Wiem, że mimo czterdziestkiJ nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Stać mnie na dużo więcej!

A na mecie zapamiętałem jednego maratończyka-twardziela w koszulce Wielkiej Brytanii. Dlaczego? Widać to najlepiej na zdjęciu. Mam wielki szacunek dla takich ambitnych sportowców. Richard Whitehead ukończył maraton w Rotterdamie w 2:46!Niesamowity gość!
 

V Półmaraton Warszawski 28.03.2010
29 marca 2010 - 23:23
Słoneczny poranek zapowiadał doskonałą pogodę do przebiegnięcia trasy V Półmaratonu Warszawskiego.
Na Starówce zjawiłem się parę minut po 8.00 by odebrać pakiet startowy. W Biurze Zawodów było już sporo osób a przebieralnia pękała w szwach – a start dopiero za dwie godziny. Przy wyjściu Biura Zawodów spotkałem biegacza (kat. M-50) którego zapoznałem na Biegu Wedla. Opowiedział mi jak to dzięki bieganiu (a zaczął biegać trzy lata temu) przy wadze 150 kg udało mu się zrzucić prawie 50 kg, a co najważniejsze zerwać z alkoholizmem. Po tej jakże szczerej rozmowie z osobą, którą spotkałem zaledwie dwa razy doszło do mnie, że bieganie to nie tylko robienie życiówek i bicie rekordów.
Ustawiając się do startu nie myślałem o poprawieniu życiówki, postanowiłem pobiec dla przyjemności. Wmieszałem się w tłum stojący w ostatniej strefie czasowej i wolno ruszyłem do przodu.
Jak zwykle Warszawscy kibice nie dali się nie zauważyć, Ci dopingujący na Krakowskim Przedmieściu krzyczeli i bili brawa z całych sił, a niektóre dzieci wyrywały się rodzicom chcąc pobiec z nami.
Biegło się przyjemnie, po stronie Praskiej słońce grzało w twarz a delikatny wiaterek chłodził kark, dopiero po dobiegnięciu na Solec dało się odczuć mocniejszy podmuch wiatru. Osobiście najprzyjemniej biegło mi się ul. Dobrą, Solec, Ludną, Rozbrat oraz 
oczywiście Łazienkowską z wiadomych przyczyn.                                                       

Starałem się utrzymać równe tempo i pilnować, żeby  nie przyspieszać. Wydawało mi się, że biegnąc tym tempem pokonam trasę w 2 godziny, ale zbytnio się tym nie przejmowałem. 
Po przebiegnięciu półmetka nagle wszyscy zaczęli zwalniać więc systematycznie przesuwałem się do przodu.
Na Wybrzeżu Gdańskim biegło się pod wiatr także trzeba było ustawiać się za innymi biegaczami by nie tracić sił na walkę z wiatrem, i tak biegnąc na ok. 16 km wyprzedziłem grupę biegnącą na czas 1:40.
Zbliżała się ul. Sanguszki, wedle zaleceń Lucky-ego nie skorzystałem z punktu odżywiania będącego przed samym podbiegiem choć suszyło w gardle na potęgę, o dziwo miałem tyle zapasu sił, że pokonałem ten odcinek  bez problemu. Na Bonifraterskiej czułem się na tyle dobrze, że podkręciłem trochę tempo i w przeciwieństwie do innych biegów gdzie pod koniec trasy byłem bez sił, zacząłem wyprzedzać. Na Senatorskiej i Moliera duża grupa kibiców głośnym dopingiem skandowała:   „dalej dalej, nie odpuszczać”, co było bardzo miłe i potrzebne pod koniec trasy.
Na Krakowskim Przedmieściu jedna z kibicujących osób zawołała: „DALEJ WARSZAWIAKY”, wtedy dała mi się we znaki adrenalina i na ostatniej prostej finiszowałem chyba z prędkością światła, i tak biegnąc dla przyjemności poprawiłem życiówkę o 4 min.

Mój debiut w Półmaratonie Warszawskim muszę zaliczyć do udanych, jedyny minus to za wysoka opłata startowa jak dla przeciętnego Polaka.

Artur Z.                                                                       
                        
6. Podziemny Bieg Sztafetowy w Bochni
8 marca 2010 - 00:58

12.godzinny Podziemny Bieg Sztafetowy w Bochni to legendarny bieg sztafetowy w Polsce. Nam się udało wystartować w tych zawodach i zająć mimo wielu przeciwności bardzo dobre, jak na debiutantów, 13. miejsce na 60 sztafet.

Jechaliśmy równo całą czwórką od godz.10 rano do godz.22 zgodnie z przyjętą strategią zmian, którą potem zmienialiśmy w zależności od sytuacji, godziny i dyspozycji. Każdy dawał z siebie wszystko, co mógł. Jeden WARSZAWIAK mógł liczyć na pozostałych, nikt nie zawalił w strefie zmian, a bywały takie przypadki wśród innych ekip. Dobra koordynacja, dobra strategia, a zwłaszcza warszawski charakter pomógł nam pokonać całkiem niezły dystans: 163.894 metryJ

W niektórych przypadkach zapłaciliśmy frycowe, np. szybko skończyły się nam owoce (potrzebnych jest z 7kg bananów i drugie tyle pomarańczy), pierwsze zmiany były trochę za długie (po 4kółka), ale człowiek uczy się na błędach.

Natomiast warto było pokonywać własne słabości, ból, zmęczenie, zniechęcenie, kontuzje, odwodnienie, głód (w ciągu całego dnia zjedliśmy wszystko co mieliśmy do zjedzenia J) po to, żeby po dwunastu godzinach biegania bez przerwy, dając z siebie wszystko na ostatniej zmianie, usłyszeć końcową syrenę oznajmiającą koniec tego najbardziej prestiżowego sztafetowego biegu w Polsce.

XXX Półmaraton Wiązowski- najlepszy w Polsce
1 marca 2010 - 11:44

Wiązowna to cudowna impreza: profesjonalne zawody, zorganizowane z olbrzymim sercem przez przegościnnych organizatorów. W Wiązownej biegacz czuje się jak królJ: organizatorzy starają się mu dogodzić we wszystkim. Na mojej prywatnej liście najlepszych półmaratonów polskich Wiązowna nie ma konkurentów. Wielkie brawa dla wszystkich, którzy przygotowują ten świetny bieg!

Osobiście tę radość ze startu w Wiązownej potęguje fakt, że co roku poprawiam tu swój czas o 2 minuty i co roku powiększa się liczba startujących WARSZAWIAKÓWJ
W 2008 roku wystartowałem tu sam dobiegając do mety w 1:25.
W 2009 roku miałem 1:23, a poza mną startował też Piotrek.
Natomiast wczoraj to był już prawdziwy „odjazd” J: siedmiu Warszawiaków ukończyło XXX Półmaraton Wiązowski+ dwóch naszych sympatyków+dwóch małych krasnoludków, z których ten najmłodszy Konrad nie ma jeszcze 3latJ a ja miałem czas 1:21.
Aż strach pomyśleć, co to będzie za rok!

No i jeszcze w tym roku doszły świetne sportowe wyniki. Wszyscy pobiegli na maksa w okolicy swoich życiówek lub poprawiając je. Lucky złamał 1:20 w świetnym stylu i dostał się do rankingu najlepszych biegaczy prowadzonym przez chłopaków z Byledobiec, natomiast Roman w wieku 53 lat śmiga jak młody zającJ.

V Bieg Wedla-Słodki bieg :)
14 lutego 2010 - 23:47

Bieg Wedla, jak sama nazwa wskazuje, był dla nas słodki pod każdym względemJ Dobry występ uwieńczony został świetnym drugim miejscem Luckyego. Jedynie „importowany” biegacz z Mielca był w stanie wygrać z nim na trasie Parku Skaryszewskiego. A wcześniej nasze „Młode Wilki”, Zuzia i Kamil, również zajęły drugie miejsca.

Także w sobotę mieliśmy patent na drugie miejsca. Nawet nasz świetny skoczek Adam Małysz na Igrzyskach w Vancouver chyba się od nas „zaraził”, nie chciał być gorszy od Warszawiaków, również kończąc swój start jako drugiJ Jeśli dodamy do tego czwarte miejsce piszącego te słowa oraz praktycznie miejsca w pierwszej pięćdziesiątce Artura i Grześka, to naprawdę można powiedzieć, że na Biegu Wedla było słodko!
Słodycz się przydała do regeneracji dodatkowych sił zużytych podczas biegu po grudach śniegu, małych zaspach i na wymijaniu ponad 150 biegaczy.

Sama impreza była bardzo sympatyczna: biuro zawodów funkcjonowało jak należy, trasa wzorowo oznakowana, na mecie smaczna herbata i medal. Jedyna uwaga to taka, że prowadzących biegaczy powinien prowadzić pilot (na rowerze, nartach lub łyżwachJ ), który torowałby im drogę pomiędzy dublującymi biegaczami.

W sumie trzynasty okazał się dla nas bardzo szczęśliwy. Oby tak dalej w następnych startach w sezonie!

XXVII Bieg Chomiczówki- Jak jest zima, to musi być zimno :)
16 stycznia 2010 - 23:28

„Jak jest zima, to musi być zimno. Takie jest odwieczne prawo natury”.
Nie inaczej jest na Biegu Chomiczówki. Kilka zdjęć zrobionych dzisiaj, dzień przed zawodami, pokazuje, że zima trzymaJ No i bardzo dobrze! Bo od tego jest zima.

A jutro podczas zawodów miejmy nadzieję, że na śnieżnej trasie wszyscy je ukończą w dobrej formie.
Powodzenia!

Bieg Mikołajkowy w Legionowie 19.12.2009
15 stycznia 2010 - 23:11

Bieg Mikołajkowy  w Legionowie  19.12.2009  

Bieg w Legionowskim lasku był bardzo kameralną sportową imprezą ok. 70 osób. 
Biegliśmy dwie pętle. Trasa ciężka, nierówna, śnieg, a na drugiej pętli dokopaliśmy się nawet do piachu, co w połączeniu ze śniegiem stanowiło nie lada wyzwanie. Temperatura -10 stopni, ręce od łokcia do palcy,  kostniały bardzo  szybko, mimo rękawiczek, trzeba było co chwile je rozgrzewać. Niedogodności na trasie wynagrodziły piękne zimowe widoki, las  zimą  potrafi być uroczy,  ustępuje ten widok górskim klimatom w takiej szacie, ale to inna beczka. 
Długość  trasy miała być 12 100 m, przed startem dowiedzieliśmy się jednak,  iż organizatorzy  zmienili trochę trasę, a dystans będzie krótszy , coś powyżej 10 000 m.  
Czasy  na mecie nie były rewelacyjne, ale to nie one były najważniejsze w takich warunkach liczyła się atmosfera i klimat, czego podczas  zawodów nie zabrakło. 
Po biegu wszyscy udali sie do pobliskiej szkoły podstawowej nr. 1, gdzie była wspaniała gorąca grochówka i pyszna herbata z cytryna. Brawa dla organizatorów,  jak niewiele trzeba zmarzniętemu biegaczowi do szczęścia przekonaliśmy się na własnej skórze. 
Dla mnie to szczęście było podwójne,  tu w tej szkole zaczęła się moja  przygoda z edukacja, a także ze sportem. Miły powrót po ćwierćwieczu :) 

Potem była dekoracja. Najlepszy wynik uzyskał obecny stypendysta uczelni wyższej w USA z czasem 43min z haczykiem ( co świadczy o trudności trasy) - najlepszy jego wynik na 5 000 km - 14.20, więc jest nie zły, zaczyna dopiero startować na dłuższych dystansach, wcześniej biegał do 1 500m. 
W kategorii kobiet pierwsza była jego siostra, sportowa rodzinka.  
 
Bardzo mile zakończenie sezonu, czas na Święta i krotki odpoczynek od startów.

Zaraz po nowym roku trzeba juz myśleć o kalendarzu startów i o celach na najbliższy rok. 
 
Gregory

 

14.Żoliborski Bieg Mikołajkowy
1 grudnia 2009 - 17:58

To tutaj na Kępie Potockiej zakończy się nasz wspólny WARSZAWIAKOWY J sezon biegowy w 2009r. Czy w takiej pięknej słoneczno-jesiennej scenerii jak na zdjęciu, czy może w bardziej zimowej-okaże się już w niedzielę.
W Biegu Mikołajkowym wystartuje niezła paka: Grzesiek Andziak, Krzysiek, Kuba, Roman, Grzesiek Kuźmiński, Lucky, Maciek i Artur.
W biegu dla dzieci zapisani są nasi mali następcy: Nina, Staś, Laura i Patrycja. Dla nich będzie to, miejmy nadzieję, udany debiut.
XXI Bieg Niepodległości- Złapać Korzenia :)
12 listopada 2009 - 11:57

XXI Bieg Niepodległości miał być historyczny dla Luckyego i dla mnie, ponieważ chcieliśmy w nim złamać granicę 36 minut. Tym razem nasz plan pokrzyżowała aura, ale bieg i tak był dla nas historyczny. W końcu udało się wygrać z czterokrotnym mistrzem olimpijskim, Robertem Korzeniowskim i to w sposób nie podlegający dyskusji J Ja przybiegłem minutkę a Lucky prawie 30 sekund szybciej od naszego multimedalisty.

Jest takie sportowe powiedzenie: „Tak się gra jak przeciwnik pozwala”. Po wczorajszym biegu, śmiało można by je zamienić na: „Tak się biegnie jak pogoda pozwalaJ A aura wczoraj nie rozpieszczała biegaczy, zwłaszcza na pierwszych czterech kilometrach. Deszcz i silny przeciwny wiatr, kosztował wiele dodatkowych sił, których potem zabrakło na dalszych kilometrach. Ale taka pogoda też ma swój urok, hartuje, sprawia, że ciepła herbata na mecie smakuje jak nektar. 

Sama nowa trasa Biegu Niepodległości jest ciekawa, płaska, prowadzona przez centrum Warszawy. Start i już na samym początku trzeba było omijać kilka osób, które ustawiły się razem z elitą, a biegły jak oldboje. Ułan to przy nich sprinter. Co za ludzie!
Wiatr i deszcz nie ułatwiały życia, ale deszczowe treningi, które zrobiliśmy z Luckym na AWFie zahartowały mnie do takich warunków. Tak samo było z podbiegiem przy Dworcu Centralnym. Po tych „Hill session”, które zaliczyliśmy w Lasku Bielańskim, czułem się jak kozica wbiegając na wiadukt J Lekko, bez wysiłku wyprzedziłem kilku biegaczy i zobaczyłem, że nie tylko lód może być śliski, ale i asfalt też, dla rolkarzy. Tam pierwsi z nich zaczęli się przewracać. Ostatni rolkarz, którego widziałem na ziemi, poznawał uroki warszawskich ulic przed Ogrodem Saskim.

Na ulicy Królewskiej, stał się cud.
Tak jak trafnie skomentował to biegnący za mną i widzący całą sytuację Lucky „ludzie się rozeszli przed Tobą tak jak Morze Czerwone”J A było tak: na przejściu dla pieszych stało kilkadziesiąt osób, czekając na zielone światło i lukę między biegaczami, żeby przejść na drugą stronę. Jak tylko się pojawiło zielone, weszli na jezdnię i przez moment obawiałem się, że będę musiał przebijać się przez tłum pieszych, tak jakbym na koncercie punk rocka tańczył pogo. Na szczęście było właśnie tak, jak to nazwał  Lucky- ludzie idealnie się rozeszli przede mną. Cud jak z przejściem przez Morze Czerwone! No to teraz mogłem pędzić do mety jak strzałaJ
Na półmetku byłem 39, a na mecie 35, czyli w drugiej części wyprzedziłem czterech biegaczy. Jestem z tego zadowolony, ponieważ znaczy, że nie spuchłem, że wytrzymałem swoje tempo, a na ostatnich metrach byłem w stanie jeszcze przyspieszyć i wyprzedzić dwóch zawodników. Ostatni kilometr był też moim najszybszym, przebiegłem go w 3:29. Gdyby nie te pierwsze kilometry, które kosztowały mnie więcej sił, to kto wie, czy nie padłaby kolejna bariera…

Tak się złożyło, że takie biegi z 2009 roku jak: Bieg Powstania Warszawskiego, Maraton Warszawski i teraz Bieg Niepodległości, ze względu na trasę (BPW), na pogodę i trasę (MW) lub pogodę (BN) odbywały się w trudniejszych warunkach niż te same biegi zorganizowane w 2008r. Dlatego trzeba będzie poczekać rok, żeby można zweryfikować i porównać na nich swoje czasy.

Ogólnie XXI Bieg Niepodległości to była udana impreza. Pięciu WARSZAWIAKÓW, którzy w nim wystartowali, pokazało się z dobrej strony, a dla mnie dodatkowo będzie wyjątkowa, historyczna właśnie, ponieważ to tu „złapałem Korzenia”- przybiegłem do mety przed Robertem Korzeniowskim, jedynym w historii czterokrotnym mistrzem olimpijskim w chodzie.
A może za parę lat uda mi się wygrać z Haile Gebreselassim? J


II GP Żoliborza-Zielony Żoliborz, kochany Żoliborz :)
22 października 2009 - 10:50

Jestem tradycjonalistą- dla mnie wciąż istnieje siedem historycznych dzielnic Warszawy, a jedną z najbliższych mi zawsze był ŻoliborzJ
Na Żoliborzu mieszkałem, do żoliborskich parafii chodziłem na religię, tu zdawałem maturę. Na Żoliborzu jako uczeń startowałem w pierwszych zawodach przełajowych właśnie na Kępie Potockiej (trochę inaczej wtedy ona wyglądała). Wiele lat później po podziale administracyjnym na kilkanaście dzielnic, okazało się, że sporo z tych miejsc już nie należy do Żoliborza tylko do Bielan, ale dla mnie to i tak zawsze będzie ŻoliborzJ Tutaj na Żoliborzu wystartowałem po raz drugi w jego Grand Prix. Przed rokiem byłem czwarty w klasyfikacji OPEN.

W tym roku miałem szansę stanąć na podium i zająć trzecie miejsce (pierwsze dwa były „zarezerwowane” dla Rafała i Tomka), ale trzeba było o nie powalczyć.
Przed ostatnim biegiem z serii GP Żoliborza miałem dziesięć punktów straty do Szymona. Plan był prosty: przybiec przed Szymonem, być w pierwszej piątce i uważać na Roberta. Udało się, choć nie było łatwo. Jakieś 400 metrów, niesiony adrenaliną startową, biegłem z „Wielką Trójką”J, czyli Darkiem, Rafałem i Tomkiem. No, ale oni to dla mnie jeszcze za wysokie progi  i musiałem odpuścić, żeby się nie zarżnąć i nie zapłacić za to na końcowych metrach. W sumie pokonałem około 9500 metrów biegnąc samotnie, kontrolując przewagę nad Szymonem i Robertem. Pomógł mi doping moich Rodziców oraz naszych sympatyków, zwłaszcza Darka.

Sama trasa na GP Żoliborza, gdybym miał ją określić jednym słowem, to powiedziałbym, że jest wymagająca. Jedna pętla ma 1950 metrów, czyli trzeba ich zrobić pięć a start jest przesunięty o te 250 metrów. Zaraz za „Łukiem triumfalnym” zaczyna się podbieg, który na pierwszym kółku może się nie odczuwa, ale na ostatnich bardzo. Ten podbieg jest najdłuższy i najbardziej stromy, ale to nie koniec atrakcjiJ Na biegacza czekają jeszcze co najmniej dwa podbiegi: pierwszy tuż za mostem, a drugi, taki delikatny na łuku, gdy się obiega kanałek i jest zakręt o 180º . Właśnie! Liczne zakręty, to następna specyfika tej trasy. Ale ja bardzo ją lubię, mimo że do najłatwiejszych nie należy. Idealnie zmierzona posiada atest,  jest urozmaicona i ciekawa, cały czas pozwala śledzić dystans i do najlepszych i do goniących. Jest dokładnie taka jak już wspomniałem: wymagająca.
Ma tylko jedną rzecz, która wymaga poprawy i którą władze dzielnicy powinni zmienić: dziurawą, pofałdowaną asfaltową nawierzchnię grożącą kontuzjami.

 Po wczorajszym udanym starcie i miejscu na podium obok wybitnych biegaczy, dla mnie „Zielony Żoliborz” jest jeszcze bardziej kochanyJ

XXXI Maraton Warszawski
2 października 2009 - 17:03

31. Maraton Warszawski był moim jubileuszowym dziesiątym maratonem. Chociaż startowałem już w siedmiu krajach, zaliczając m.in. trzy z „Wielkiej Piątki” (Londyn, Berlin, Boston), to ten wczorajszy, jak do tej pory, wspominam najmilej. Będę go pamiętał jako wyjątkowy z wielu względów.

Rodzinne miasto, trasa prowadząca po Powiślu, gdzie się urodziłem i wychowywałem, nowy rekord, najwyższe miejsce w historii startów w maratonach, gorący doping na warszawskich ulicach rzeszy sympatyków i kibiców: rodzinki, przyjaciół, znajomych oraz najlepszego piłkarza naszej Ekstraklasy
J To niesamowicie mnie niosło i dodawało dodatkowej energii. Także nawet musiałem się powstrzymywać, żeby nie ulec zbytniej euforii, za którą się płaci na ostatnich kilometrach. Piękna trasa, ciekawsza niż przed rokiem, ale też bardziej wymagająca. Piękna pogoda, która na ostatnich kilometrach lekko dała się we znaki. Po tym prawie trzy godzinnym „spacerku po Warszawie” mam teraz opaleniznę jakbym wrócił z KanarówJ Emocje na ostatnich metrach, gdzie jednak chłopaki z konkurencji byli o parę sekund szybsi. Wszystko to pozostanie zapisane w mojej pamięci.
Brakowało mi tylko kapel, które grały tu przed rokiem: i tych rockowych (świetna grupa grająca pod Poniatoszczakiem), i tych typowo warszawskich.

Mam nadzieję, że wszystkie następne starty będą dla nas takie same, jak ten mój z 31.Maratonu Warszawskiego: szczęśliwy, radosny i słoneczny. Z tego też powodu dałem takie zdjęcie na blog. Ono właśnie takie jest- tryska z niego optymizmem. Można by je podpisać „Rosną następcy WARSZAWIAKÓW”J


razem 40 rekordów     1 2  Następna strona >  Ostatnia strona >>

10000000100000001100000011110000110000001000100010000000100010001100110010001000111111111010000011001100101010101000000010001000
AktualnościWARSZAWIAKYSylwetkiStartyZdjęciaBlogSłynniGościeSympatycyKalendariumKontakt